25 września 2012

3# Pieniądze szczęścia nie dają, ale...


Drogi Przyjacielu!

Noc...ciemność....gwiazdy...księżyc...parapet + kakao

To moje ulubione połączenie.. często wieczorem siadam na parapecie z kubkiem gorącego kakao i patrzę w gwiazdy. Lubię ten ich nieład ułożenia...zupełnie jak w moim życiu. Pozwalam odpłynąć myślom i przestaję karmić się złudzeniami, którymi żywię się przez cały dzień, aby go jakoś przeżyć... W dzień mam uśmiech na twarzy i gram jak w teatrze, tylko w nocy mogę ściągnąć maskę i być prawdziwa.
Noc uczy pokory, ale daje też moc. Pokazuje ci prawdę o tobie samym - w nocy nie ma ściemniania, nie ma gier ani teatrów, sztuczek ani drobnych kłamstw. Odarty z całego tego repertuaru min i gestów, którym podpierasz się za dnia - stajesz twarzą w twarz z sobą samym. Ponieważ nic nie widać - wszystko staje się jasne.

 Oczywiście dzisiaj takie coś jest niemożliwe. Nie widzę gwiazd ani księżyca. Za to mogę usiąść na parapecie, wypić cieplutkie kakao i podelektować się lekturą kolejnej książki. Tym razem tytuł ma w sobie coś, co bardzo lubię. "Numery. Czas uciekać". Dziwne, że w życiu bohaterki tej książki panuje zamęt podobny do tego w mojej głowie. Czasami nie wiem, co mam myśleć o tym wszystkim. O tym kraju, o moim życiu, ogólnie o całości. Nie rozumiem już tego.

Dzisiaj w moich uszach tkwią słuchawki i daję nieść się nurtowi muzyki. Nie jest to jakaś wielka muzyka. Poza tym, nie słucham takiej muzyki jak większość w moim wieku. Widać, że nie dorosłam jeszcze na tyle, by moją duszę poruszały kawałki Metalliki, Nirvany czy ACDC. Ale jak na mnie to jest ok. Nie przeszkadza mi zbytnio myśl, że różnię się od innych pod tym względem. Pozwalam odpłynąć myślom.

Słucham  teraz "Loca People".
"What the fuck ?!". O, tak. Właśnie to myślę o tym kraju. W sumie to kocham go, ale nienawidzę osób przez które podupada, nie znoszę tych wszystkich polityków z zakłamanymi obietnicami, tych złodziei, którym tylko kasa w głowi, a Polska ich gówno obchodzi. Gdyby nie takie osoby, mogę się założyć, że żyłoby się nam o wiele lepiej i łatwiej. Przyjemnością byłoby mieszkanie chociaż w tak niewielkim miasteczku jak moje.

Kiedyś przy rynku w moim rodzinnym mieście było kino. Pamiętam, jak chodziłam tam z mamą i tatą. Zawsze było super. Czasami też były tam wycieczki z przedszkola. Ale kino zamknęli i koniec. W ogóle to powstało tu niedawno takie "centrum handlowe". Teraz liczyłam na to, że kiedy otworzy się to "centrum"  będę mogła chodzić tam z koleżankami na filmy. Liczyłam, że chodź pod jednym względem będzie tu fajnie. Ale oczywiście przeliczyłam się niesamowicie. Zamiast kina powstały jakieś ogromne chińskie markety, których pełno tu, kolejne 2 sklepy z butami (jakby było ich mało) oraz elektroniczny (ciekawe po co, skoro w odległości jakichś 100m są 2 kolejne?!). Poszłam tam kiedyś i wcale się nie rozczarowałam. Sam badziew, tak jak się spodziewałam. Z resztą jak całe to miasto. A ja głupia spodziewałam się kina na tym zadupiu. Zamiast tych dziadostw spokojnie wystarczyłoby miejsca na kilka sal kinowych. Przynajmniej jakiś pożytek by był. Ale nie. Bo po co mieszkańcy mają być zadowoleni. Po co zorganizować kino na miejscu, żeby miasto zarobiło, a mieszkańcy nie musieli jeździć specjalnie do kina do miasta oddalonego o ponad 20km.

Pieniądz rządzi światem - prawda stara jak świat. Uganianie się za nim wcale nie czyni nas szczęśliwszymi, nawet ich nadmiar tego nie daje.
Nie ma wyznacznika szczęścia, tak jak nie ma granicy gdzie mamy dość "kasy". Poniekąd rozumiem ludzi, którzy ciężko pracują żeby zarobić więcej, pokus mamy ogrom i potrzeb także. Dlatego wspinamy się po drabinie kariery. Każdy następny szczebel, to większe upokorzenie, większe wystawianie siebie na sprzedaż. Jaka jest ostateczna cena człowieka - tego nie wiem, bo ilu ludzi, tyle rozbieżności, tyle różnych pragnień, dążeń, cen...
Życie bez pieniędzy jest ciężkie i bardzo łatwo spaść na dno. Właściwie każdy z nas może zostać biednym, lub bezdomnym. Nie zapłać paru rachunków, nie rozlicz się dobrze z fiskusem, a już masz długi. Strać przy tym prace, a nie wyjdziesz z nich. Eksmisja, licytacja i jesteś na bruku. Zapewne będziesz walczyć, ale wystarczy chwila załamania psychicznego i nie dasz rady. Nikomu tego nie życzę, ale poniekąd jest to wytłumaczenie tego, że tak bardzo gonimy za kasą. Można by tu wyliczać setki powodów, ale jedno jest pewne: "Pieniądze szczęścia nie dają, ale ułatwiają życie". A nam normalnym śmiertelnikom nadmiar ich raczej nie grozi....



Ten pieniądz przypomniał mi przekonanie – „wszystko da się kupić” tylko czasem cena przekracza zysk. Szmaci się ludzi, poniewiera, upokarza, bo wydaję się, że jak się sprzedadzą, to może coś osiągną. To niewolnictwo - może nie fizyczne, ale psychiczne na pewno. Ludzie sprzedali siebie, jak ci co podpisali cyrograf z diabłem. Tym najbliższym dla niego jest pieniądz. Wielu nie potrafi się oprzeć i może zejść bardzo nisko by poczuć choć przez chwile, że go ma, lub może mieć. Tylko po co tak żyć? Czy jest to jeszcze człowiek, czy niewolnik pieniądza? Pieniądze są środkiem nie celem. Drugim, który potrafi opanować tak bez końca jest ambicja i poczucie wyższości nad innymi.
W życiu trzeba być sobą, czasem to kosztuje wiele, ale naprawdę warto, by można było spojrzeć w lustro i nie przestraszyć się własnego widoku.

Uważam, że moglibyśmy żyć lepiej, gdyby tylko reprezentowali nas ludzie, którzy pragną naszego dobra. Wspólnego dobra. A nie tylko kasy dla siebie. Kasa rządzi światem, mój Przyjacielu. Nie szczęście innych czy nasze własne. Ale właśnie pieniądze. Teraz liczy się tylko to, jak się samemu wzbogacić, wykraść komuś choć złotówkę. A nie to, jakimi jesteśmy ludźmi.



Twoja W. 

24 września 2012

2# Hello, my old friend. I come to talk with you again.

Drogi Przyjacielu!


Czym jest przyjaźń?
Kiedyś myślałam, że przyjaźń będzie doskonała, że wszystko będzie się układać. Okazało się jednak, że nie miałam racji. Przynajmniej nie do końca. Uświadomiłam sobie, że przyjaźń jest czymś pięknym. Najcudowniejszym na świecie, ale jednocześnie czymś niezwykle kruchym i delikatnym, co nie będzie w stanie zapobiec pojawianiu się nieporozumień. Zrozumiałam też, że o tym czy przyjaźń jest prawdziwa, wcale nie decyduje to, że przebiega ona bezkonfliktowo. Według mnie taka przyjaźń nigdy nie będzie prawdziwa, bo jeżeli nie ma konfliktów, drobnych starć i nieporozumień, to znaczy że ludzie ze sobą nie rozmawiają. Żyją razem, ale osobno. Niby ze sobą, ale obok siebie.

Ostatnio często myślę nad tym, czy mam prawdziwych przyjaciół.
Z jednej strony myślę, że ludzie mnie lubią. Przynajmniej tolerują, szanują i rozmawiają ze mną. Ale kogo z nich mogę nazwać swoim przyjacielem?
Wydaje mi się, że są to dwie dziewczyny - z jedną nadal chodzę do klasy, a druga wybrała inną szkołę. Pierwsza z nich to wysoka, brązowowłosa i pozytywnie pokręcona Daria. Lubię z nią rozmawiać, ale to chyba jak każdy. Uwielbiam patrzeć jak co chwila przeczesuje palcami swoją grzywę, żeby była idealnie prosta. Wkurza się na drobnostki i jest zaczepiana przez chłopaków, którzy co chwila biorą jej rzeczy lub czochrają ją. Ma świetny charakter - i za to ją lubię. Z kolei druga z nich to Julka. Dość niska, niebieskooka i piegowata dziewczyna. Latem jej włosy są jasnorude i lekko falowane, a zimą proste i blond. Strasznie to dziwne, prawda? Julka jest dziewczyną specyficzną. Nie boi się wyrażać swojego zdania, klnąć cz nawet uderzyć (jeśli jakiś chłopak będzie na tyle głupi, by ją obrazić). Może na taką nie wygląda, ale w sumie jest nieśmiała. Uwielbiam w niej tą iskrę szaleństwa, to poczucie że mogę jej wszystko powiedzieć, że (jeśli trzeba) umie się przeciwstawić.
Z Darią zaprzyjaźniłam się tak naprawdę dopiero w gimnazjum. Jest ona jedyną dziewczyną, z którą byłam w klasie w podstawówce oraz jestem w gimnazjum. Natomiast Julka chodzi do gimnazjum sportowego w naszym rodzinnym mieście. Czasem zdarzają się takie chwile, że żałuję że nie chodzi ona ze mną do SOSW. Ale wtedy przypomina mi się jak mówi, że w tamtej szkole jest szczęśliwa. Nie mogłabym jej tego odebrać.

"Przyjaciel to ktoś komu powiesz, że zabiłeś człowieka, a on zapyta "Gdzie go zakopiemy?""

Czasem chciałabym być amerykańską nastolatką, ale taką jak na filmach. Z grupą przyjaciółek gotowych oddać za mnie życie, kochającym chłopakiem, rodziną gotową zrobić dla mnie wszystko. Od zawsze marzyłam o tym, by mieć rok straszą siostrę. Siostrę idealną, kochającą mnie i przyjaźniącą się ze mną. Oraz młodszego brata-urwisa, który rozśmieszałby mnie, gdy byłoby mi źle, proponował przeróżne zabawy, bym znów poczuła się małą dziewczynką. Wszystko to jednak wytwór mojej wyobraźni.
I tak naprawdę kocham życie za to, co mi dało. Bo to, co ja mam równie dobrze może być obiektem marzeń innych.

Czasem marzenia zasłaniają nam jednak to, co w życiu piękne.
Więc marz ostrożnie.

A czy Ty kiedykolwiek chciałeś prowadzić tego typu życie? Zupełnie jak w filmie? Marzyłeś o przyjaźniach? Cudownym związku z tą wyjątkową osobą? Ufających Ci bezgranicznie rodzicach?



Twoja W. 

23 września 2012

1# Kim jestem?

Drogi Przyjacielu!


Kiedy pytam kogoś kim jest, to mówi mi imię i nazwisko. Ale to jest tylko nazwa. Tak naprawdę żeby dociec kim jest, to trzeba zastanowić się troszeczkę głębiej. Jeśli jednak nie nazwa, to gdy spytamy kogoś: kim jest, odpowiada: - No ja to ja. I wtedy pokazuje na siebie, na swoje ciało.



Kim ja jestem?

Mogę być każdym , nikim konkretnym.

Czasem jestem szczęśliwa, a czasem radosna. Niekiedy mam ochotę zacząć wrzeszczeć, żeby mnie wreszcie zabrali z tego pokręconego świata, życia. Ile bym dała za nową pustą kartkę do zapełnienia... Innym razem znowu za nic w świecie nie chciałabym się zamieniać z nikim miejscami. Nie wiem, jak to jest możliwe.

Nie daj mi się zwieść. Nie daj się zwieść masce, którą noszę. Bo noszę tysiące masek, a udawanie jest moim drugim "ja".


Na zewnątrz wydaję się spokojna, lecz moja twarz to maska. Pod nią nie ma samozadowolenia i opanowania. Pod nią mieszka prawdziwa ja – zmieszana, przestraszona, samotna. Jednak skrywam to, nie chcąc by ktokolwiek o tym wiedział. Drżę na myśl, że moja słabość mogłaby się ujawnić. Dlatego pospiesznie tworzę maski za którymi mogę się ukrywać, nonszalancką, wyszukaną fasadę, która pomaga mi udawać i chronić mnie przed spojrzeniem, które wie. Tymczasem to spojrzenie jest moim zbawieniem, jedynym zbawieniem. Wiem o tym. Tylko ono może mnie uwolnić od siebie samej, z tych własnoręcznie wzniesionych murów, więzienia, zza barier, które tak starannie stawiałam. Lecz nie mówię Ci tego. Nie śmiem.
Boję się.
Boję się, że w ślad za Twoim spojrzeniem nie pojawi się miłość i akceptacja.
Boję się że będziesz gorzej o mnie myślał, że będziesz się śmiał, a Twój śmiech mnie zabije.
Boję się że tam w głębi jestem nikim, że jestem zły, a Ty to dostrzeżesz i mnie odrzucisz.



Twoja W.